Dolorosa existentia
Hanna Dikta pojawiła się w moich lekturach nagle i niespodziewanie we wrześniu 2010 roku. Do chwili wydania tego zbioru wierszy coraz częściej dowiadywałem się o niej i jej pisaniu z komunikatów konkursów poetyckich, które wypromowały – i słusznie! – jej nazwisko w skali ogólnopolskiej. Taki „sprawdzian konkursowy”, wbrew pozorom, nie jest łatwy do przebrnięcia, a w przypadku tej Autorki sam z siebie zdał egzamin. Ta książka trafia do rąk czytelników jako ważny debiut ważnej poetki kolejnego „pokolenia wstępującego”. Dla mnie – krytyka – jest publikacją istotną, z którą wiążę dobrą nadzieję.
W ostatnich latach, zdawałoby się nie sprzyjających poezji, nowe roczniki dokonują prawdziwego przeformatowania języka i tzw. światoobrazu. W dobie postmodernistycznej polifonii koncerty indywidualizmu twórczego bywają czymś zdumiewająco pięknym i odkrywczym. Gdy wsłuchuję się w „skrzypce” Dikty, czuję się podekscytowany jak meloman. Choć ona gra raczej jesienne nokturny, a nie wiosenne, skoczne canzony.
Poetka otworzyła jeszcze jeden świat, który inaczej brzmi i nowe emocje oraz refleksje opisuje. Sam zresztą nie wiem, czy opisuje, czy bardziej kreuje, wywołuje z fikcji. To zresztą nieważne, bowiem każda fikcja literacka może wpisywać się w „esej o losie”, w traktacik egzystencjalny; może budować świat, który jest tylko w nas, a wysłowiony, staje się „naprawdę”! Świat nie jest, świat się wiecznie zaczyna, pisał Przyboś – i tak postrzegam również wkład dobrych poetów w owo dzieło.
W tym jednak przypadku myślę sobie: świat nie jest, świat się wiecznie kończy. Bowiem Dikta jest poetką „mroczną”, do jakiegoś stopnia fatalistyczną. W jej introwertycznych obrazach czai się trauma i swoista dolorosa existentia. Istnienie pozbawione radości, nadziei, spełnienia. Doznawany niemal fizycznie ból życia nieustannie dziejącego się pod wyrokiem fiaska, cierpienia i bezgranicznej samotności.
W pierwszej części cyklu dokonuje się „wyrastanie z dziewczynki”, a więc tracenie złudzeń i przechodzenie w świat zimnych realiów. Ulatuje na zawsze resztka cukrowej waty pod językiem, mnożą się groby najbliższych, dziecięce Bullerbyn powoli zamienia się w torowisko dalszej, trudnej drogi. Rozmowy z samą sobą przed lustrem nie niosą pocieszenia, a gdy nadchodzi kobiecość (część druga cyklu), potrzeba miłości roztapia się w obcości i chłodzie, spełnia się trywialnie, prawdziwi mężczyźni istnieją tylko w wyobraźni, nigdy w realu (wiersz Mężczyzna w lustrze) i za każdym marzeniem drzwi zwykle zatrzaskują się w połowie drogi. Śmierć coraz mocniej majaczy w tych wierszach, czyha za każdym progiem życia. Jest tak rozpanoszona, że z poetyckiego ego przenosi się na refleksję historyczną (obóz koncentracyjny, getto żydowskie) lub ontologiczną, tzn. przejawia się w przeklętym losie (szpitale, starość, cierpienie fizyczne).
Niemal wszyscy bohaterowie tych wierszy uosabiają dramat alienacji i samotności. Co gorsza, Autorka nie szuka pociechy, stron jasnych, ni żadnej kompensacji. Ta wizja losu jest jego definicją.
Smutne wiersze, pozbawione nadziei i witalnej radości. Ale właśnie w takim doborze diagnoz – choćbyśmy ich nie akceptowali w porywie optymizmu czy hedonizmu – poezja Hanny Dikty powołuje do życia ten świat wartości i przeznaczeń, który przecież też jest prawdziwy jako druga strona alternatywnej wizji i koncepcji życia szczęśliwego i beztroskiego. Dlatego jej wyboru nie można traktować jako „kaprysu”; raczej swym debiutanckim tomem Autorka plasuje się, jak wspomniałem, po stronie poetów „mrocznych” i fatalistycznych, którym zawdzięczamy nie mniej niż „horacjańskim idealistom”.
A jednak zagadkowa jest trauma, która pulsuje niemal w każdym z tych wierszy. Ma ona jakiś freudowski spleen, który panoszy się już w dziecięcych odczuciach, a potem tłucze się swoimi nietoperzami w dorosłym życiu. Tło tych „ciemności” posiada jednak także swój kontekst społeczny, związany z szarzyzną życia wszędzie tam, gdzie szarzyzna odległa od „lepszej strony świata”.
„Narracja liryczna” tych wierszy jest zakotwiczona w osobliwym psychologizmie, intuicjonizmie, solipsyzmie; co ciekawe: cały ten świat dzieje się jakby za pancerną szybą emocji. To potęguje jego chłód i oczywistość, co bohaterów tych wierszy jakby ubezwłasnowolnia i pozbawia wpływów na własne losy. Bo „sprawa” jest przesądzona, wyroki zapadły, a małe dziewczynki nigdy nie doczekają się swej bajki o piękniejszej miłości i lepszym życiu.
Jak to ostatnio bywa w nowej poezji – wszystko sprowadza się do języka, który już nie szuka wzorców, powinowactw ani zadomowionych od dawna poetyk (o czym wspomniałem na początku tej recenzji). Dikta posiada „ton”, po którym jest rozpoznawalna. Dlatego cenna „skaza indywidualności” decyduje tu o wszystkim i jeszcze raz potwierdza, że poezja nigdy nie dojdzie do ściany swych możliwości, póki język wybucha nieskończenie licznymi konstelacjami sensów, emocji i ekspresji, a te z kolei tworzą wciąż nowe warianty przeżywania świata.
Dlatego też twierdzę, że świat Hanny Dikty jest światem dramatycznym, osobnym, pełnym autonomicznych refleksji i klimatów, przejmującym w swych ciemnych wizjach i dekoracjach, budujących nastroje, które po tej lekturze w nas pozostaną.
Jak na debiut to dużo, a nawet bardzo dużo.
Za: www.twojewiadomosci.com.pl/content/uwaga-świetny-debiut
Kontakt